Moja historia

Jest grudzień 2014. Właśnie awansuję na dyrektora merketingu i członka zarządu w dużej, międzynarodowej firmie. Mam dokładnie 30 lat. Dekadę wcześniej wymarzyłem sobie, że do trzydziestki osiagnę ten cel ten superambitny cel i dopinam swego. Na zewnątrz wygląda to genialnie – duży sukces, ego wniebowzięte – ale w środku dzieje się coś zupełnie innego. Pod pokrywką osiągnięć jest kipiący samowar pełny ciągłej potrzeby udowadniania swojej wartości, perfekcjonizmu i lęku przed porażką. Tych Świąt Bożego Narodzenia i urodzin nie spędzam na celebracji z bliskimi. Samowar nie pozwala. Zamiast tracić czas na świętowanie, biorę się do roboty i planuję, jak wykazać się w nowej roli.

To się nazywa nad-ambicja. Choć wtedy tego tak nie widziałem, patrząc wstecz, widać to bardzo wyraźnie. Nie tylko w pracy zawodowej. Na przykład hobby. Zacząłem studiować Health Coaching na Institute for Integrative Nutrition w Nowym Jorku. W programie studiów 100 różnych kierunków dietetycznych. Zamiast tylko czytać i robić notatki, jak reszta, ja w postanowiłem wytestować je wszystkie na sobie. Przez kolejne sto tygodni, byłem więc na diecie ketogenicznej, makrobiotycznej oraz na diecie lodowej, kapuścianej i porannej diecie ośmiominutowej. W pełnej dyscyplinie, bez żadnych odstępstw. Wiele osób pamięta mnie jako goscia z zieloną butelką glonów. Nosiłem w przezroczystym bidonie dającą energię mieszankę warzywno-ziołową, którą odkryłem podczas seminarium z Tonym Robbinsem w Londynie. Zachwyciłem się tym produktem tak bardzo, że nie wystarczyło mi picie tych ziółek rano w zaciszu domowym. Mimo, że jestem raczej introwertyczny, poszedłem krok, a nawet kilka kroków dalej i stałem się dystrybutorem tego produktu i jego chodzącą reklamą. Nie było dla mnie wtedy półśrodków. Zbudowałem sobie plan i cisnąłem, pędziłem i robiłem wszystko na maksa.

W ten pierwszy rok w nowej roli wskoczyłem rozpędzony i zdeterminowany. Nie wiedziałem, że mimo moich najlepszych chęci i starań, czekała mnie seria kryzysów. To był rok, w którym skończył się wieloletni trend wzrostowy. Wyniki sprzedaży zaczęły spadać, a jako nowy i niedoświadczony zarząd nie mieliśmy wspólnego pomysłu, jak ten biznes odkręcić. Chwilę później 8mm kawałek plastiku dostał się do produktu w fabryce obsługującej nasz region. A ponieważ nie byliśmy producentem plastikowych kolanek wodnych, tylko czekolady, to trzeba było natychmiast wycofać z rynku towar o wartości 20% rocznego obrotu. Kilka tygodni po tej akcji wyszło jeszcze, że dostarczenie wyniku w poprzednim roku było tak trudne, że udało się tylko dlatego, że został utajony koszt rzędu 12 milionów PLN, który nagle trzeba było spłacić, by nie stracić największego klienta. Wyrwa w budżecie.

Praca w wysokim napięciu, pod presją czasu i wyników zaczęła wywoływać coraz trudniejsze emocje oraz cierpienie dla ego. Działając na forum Europejskiego regionu, nagle odkryłem, że nie jestem jedynym młodym zdolnym w firmie. Takich 30-latków jak ja było więcej, i to z ważniejszych i mających większe sukcesy rynków. Porównywałem się i czułem, jak kurczy się moje poczucie wartości, a rośnie napięcie by się wykazać i dowieźć wyniki.

W tym trudnym momencie, kiedy czułem się bliski implozji, poszedłem na kurs mindfulness. Wcześniej, w trybie ambitnego zdobywania, robiłem bardzo dużo w zakresie rozwoju osobistego. Jak tylko pojawiało się coś nowego, szybko chciałem mieć to w swoim zestawie narzędzi. Było więc naturalne, że gdy w 2015 zaczęło być głośno w globalnym świecie biznesowym o mindfulness, zgłosiłem się na program. Nie wiedziałem wtedy, że będzie to początek transformacji nie tylko osobistej, ale i zawodowej.

Zanurzyłem się w zajęcia na maksa i byłem, jak zawsze, pilnym uczniem. Narzuciłem sobie spory rygor, ale też zaufałem, że praktyka zatrzymania, skupienia i rozwoju samoświadomości pomoże mi zmienić sposób funkcjonowania, który stawał się nie do wytrzymania.

Już podczas kursu, zaczęło być łatwiej znosić kryzys w biznesie. Mindfulness uczy wychodzenia na balkon, zatrzymania się i zobaczenia dużego obrazka, gdy wszyscy dookoła biegają w panice, z reguły bez rezultatu. To pomaga, między innymi, komunikować pracownikom trudne wiadomości – o reorganizacji, o cięciach w budżecie. W takich chwilach, mindfulness pozwala wyjść z głowy i połączyć ze sobą i innymi na poziomie emocjonalnym, w empatii. To zrobiło wielką różnicę w tym okresie trudnych newsów, zadań i zmian. Weszliśmy na ścieżkę dwucyfrowego wzrostu biznesu, utrzymując zaangażowanie w zespołach na rekordowo wysokim poziomie (87 percentyl wg. Gallup).

Mindfulness uruchomił we mnie proces dostrzegania, na czym mi tak naprawdę zawodowo zależy. Trochę tak, jak ze szklaną snieżną kulą – przestajesz nią wstrząsać, śnieg opada i wreszcie widać co tam w środku jest. U mnie była potrzeba zbudowania biznesu i zrobienie tego w obszarze zdrowia i edukacji, w które zawsze wierzyłem i dbałem całym sobą. Im bardziej klarowna ta wizja się stawała, tym mocniej byłem pewny decyzji, by opuścić świat wielkiej międzynarodowej firmy i wejść w rolę przedsiębiorcy. Sam moment zmiany mocno mnie zaskoczył. W środku czułem spokój i pewność.

Ten wewnętrzny Piotr, to trzeci i najważniejszy obszar transformacji, który dokonał się z udziałem mindfulness. Praktyka spokojnej, konsekwentnej obserwacji siebie, z odwagą i bez omijania niewygodnych rewirów, pewnego dnia pokazała mi split screen. Byłem na 21 piętrze wieżowca Sea Towers w Gdyni. Wróciłem właśnie z wystąpienia na konferencji. Czekałem, aż dołączą do mnie żona i córka. Nagle zobaczyłem i poczułem, że mam wybór. Ekran jest podzielony na dwa. Pierwszy, mogę dalej cisnąć przez życie z moim samowarem. W napięciu, perfekcyjnie i ciągle w trybie udowadniania swojej wartości. Drugi, zaakceptować to, co niewygodne na mój temat. Puścić napięcie, roztopić się i poczuć się z sobą i ze światem OK. Nie da się wybrać ekranu raz na zawsze. Tego dnia w Gdyni wybrałem ekran akceptacji. Czy wracam do ekranu, w którym spinam się, wchodzę w tryb udowadniania i jak nie jestem z siebie zadowolony to uderzam się w głowę laptopem? Tak, ale nie jest to już ustawienie fabryczne. W środku wiem, że można inaczej i że ten drugi ekran jest dla mnie dostępny. Ćwiczę i obserwuję, jak zmienia to mnie, moją pracę i relacje. O tych osobistych doświadczeniach piszę w artykułach ‘Thoughts’. W tym procesie poznaję mnóstwo wartościowych metod i nauczycieli w obszarach związanych z mindfulness, inteligencją emocjonalną, snem, regeneracją etc. W WellCome Institute współpracuję z tymi utalentowanymi nauczycielami i razem budujemy interaktywne programy, które redukują stres i zwiększają well-being u ludzi w biznesie.